Kiwi i ostre papryczki
O radości czerpanej ze smaków, zapachów, obrazów i dźwięków.O Warszawie. O książkach, kinie i teatrze. O marzeniach. O Kiwi.
czwartek, 10 stycznia 2013
Hity i Kity pierwszego tygodnia 2013
Kino Iluzjon na warszawskim Mokotowie powróciło w wielkim stylu! Po remoncie, pachnie świeżością, jest przestronnie i stylowo, w kawiarni można napić się zimowej, rozgrzewającej herbaty z pomarańczą i goździkami, a i repertuar wyśmienity. Jest sporo klasyki,jak zwykle dzięki pokaźnym zasobom Filmoteki Narodowej. Ach, jak się cieszę, że to kino zostało na nowo otwarte! Co prawda nie mieszkam już na Mokotowie, ale ze starówki ciągle mogę się tam wybrać! Najprzyjemniej będzie, jak przyjdzie wiosna, a potem lato i będę mogła z kina wracać spacerem!
Hitem ubiegłego tygodnia okazał się Amerykanin w Paryżu z boskim Genem Kelly w roli głównej! Musical amerykański z 1951 r. w reżyserii Vincente Minelliego nagrodzony Oscarem za najlepszy film roku... Nic dziwnego. Obraz, muzyka, fabuła - wszystko w tym filmie uwodzi! Uwodzi i maluje szeroki uśmiech na ustach. Film z powodzeniem przenosi widza do powojennego Paryża, w którym pachnie bagietką i dobrą kawą. Kobiety noszą wspaniałe suknie i są absolutnie kobiece! Mężczyźni są przystojni, męscy i ąz do schrupania! Mam na myśli Gene Kelly!!! . Energia i radość jaka płynie z tego filmu pomogła mi wydobrzeć z przeziębienia, które nękało mnie od kilku dni.
Dla fanów SATC: pamiętacie tego Amerykanina w Paryżu??? :)
Porażką okazała się wyprawa do Romy na Deszczową Piosenkę. Jeśli ktoś się wybiera - odradzam. Bilety bardzo drogie, a spektakl nie powala, a wręcz przeciwnie. Nigdy tego nie robię, ale tu po pierwszym akcie nie dałam rady i namówiłam koleżankę na wyjście... Poza stepowaniem nic nie zrobiło na mnie niestety wrażenia, a wywołało raczej uczucie zażenowania. Fanom amerykańskich musicali NIE POLECAM.
środa, 2 stycznia 2013
Czosnek + Chilli = idealne składniki na zimową zupę
Zostałam dziś w domu, bo (w końcu) dopadło mnie zimowe choróbsko. Broniłam się przed nim dzielnie ostatnie tygodnie, ale ostatecznie poległam. Od rana czułam się bardzo kiepsko i jakoś nie wychodziło mi pracowanie... Nie rozłożyłam się całkowicie, ale uważam, że lepiej zostać w domu, gdy nie czuje się najlepiej, by nie narażać współpracowników.
Poza mięsnymi pysznościami przywiezionymi z domu po świętach, węgierskim salami, zieloną ichnią papryczką i marynowanym czosnkiem (absolutny hit wśród węgierskich przekąsek) lodówka świeciła pustkami. Marzyłam o zupie Pho Bo z wietnamskiej knajpki na Chmielnej... przez chwilę myślałam nawet, że P. przyniesie mi ją w ramach niespodzianki, bo wpadł na chwilę do domu w porze lunchowej.... Oczywiście bez niczego dla mnie, a jeszcze zażyczył sobie kanapeczkę :D.
Marzyłam o rozgrzewającej zupie na przeziębienie, która postawi mnie na nogi. Na Pho Bo składniki są zbyt skomplikowane, no i trzeba prawdziwych zakupów aby się w nie zaopatrzyć... Szybko jednak wpadłam na pomysł zupy czosnkowej!!! Przejrzałam kilka przepisów w sieci i postanowiłam stworzyć własną wersję - z czosnkiem i papryczką! Dopiero po południu wyszłam do najbliższego sklepiku na mariensztackim rynku, dziś szczególnie ubogo zaopatrzonego, by kupić trochę warzyw i masło (wiem, wiem dieta ;)).
Rozgrzewająca zupa z czosnkiem i papryczką chilli:
1/5 kostki masła
2 średnie cebule
2 główki czosnku (to były naprawdę małe główki, babcinego, polskiego czosnku!)
kawałek świeżej węgierskiej zielonej papryczki
5 małych ziemniaczków
bulion drobiowy (tym razem z kostki, choć staram się zazwyczaj gotować bulion jarzynowy. niech przeziębienie i duży głód będą moim usprawiedliwieniem)
liście laurowe
ziele angielskie
tymianek
mleko
papryczka chili w proszku (oryginalna z Szegedu)
sół morska cytrynowa (przywieziona Monterey, CA!!!)
sół morska cytrynowa (przywieziona Monterey, CA!!!)
pół litra mleka
trochę cukru (zawszę dodaję cukru do zup, nie zawsze, a raczej - rzadko solę)
Do posypania:
natka pietruszki
świeży czosnek
chilli z Szegedu
świeży sok z cytryny (lubi się z czosnkiem i chilli)
W garnku rozpuściłam masło. Dodałam posiekaną drobno cebulę, czosnek i ziemniaki pokrojone w kostkę. Dusiłam na maśle przez kilka minut. Dodałam rozgrzane na patelence zioła. Po kilku minutach zalałam wcześniej przygotowanym bulionem i mlekiem, ok 2 l. Gotowałam na wolnym ogniu, aż ziemniaki były miękkie. Wyłowiłam liście laurowe i ziele angielskie. Zmiksowałam blenderem. Dodałam łyżkę chilli, nie żałowałam, uwielbiam papryczki. Chwilę jeszcze gotowałam na wolnym ogniu delikatną kremową zupę (nie jest to krem!!!).
Serwowałam (sama sobie) z natką pietruszki, świeżym posiekanym czosnkiem (ponoć ten ugotowany traci właściwości, a miałam wyzdrowieć :)) i jeszcze szczyptą chilli.
Zdjęcia robiłam iPadem, więc jakość jest średnia. Poprawię się :)
To keep New Year's Resolutions...
Resolution #1: Uggg - will obviously lose 20 lbs.
#2: Always put last
night's panties in the laundry basket. Equally important: will find nice
sensible boyfriend and stop forming romantic attachments to any of the
following: alcoholics, workaholics, sexaholics, commitment-phobics,
peeping toms, megalomaniacs, emotional fuckwits, or perverts. Will
especially stop fantasizing about a particular person who embodies all
these things...
Postanowienia noworoczne... Uwielbiamy je i nie cierpimy. Oznaczają nowy początek, nadzieję i szansę, ale jednocześnie uzmysławiają klęskę tych ubiegłorocznych. Czy jest sens ustanawiać je sobie co roku? Ile z nich udaje się dotrzymać? Czy warto je zapisywać. Jak egzekwować od siebie przestrzeganie ich? Nie wiem. Jestem w tym fatalna. Uwielbiam stawiać sobie cele ale zawsze mam problem z dążeniem do nich. Pewnie zbyt dużo marzeń, ambicji, chęci, a zbyt mało samozaparcia i silnej woli.
Moje postanowienia w 2013 r.
- schudnę. By nosić słodkie sukienki, bikini z prawdziwego zdarzenia, szorty, płaskie butki. By podobać się sobie i czuć się dobrze.
- będę ćwiczyć. Nie tylko po to by schudnąć, ale by czuć się dobrze. Po to, by nie bolał mnie kręgosłup. Ból odbiera radość życia.
- zapuszczę włosy. Bo dawno nie były długie. By zaplatać je we francuskie warkocze (wygląda to klasycznie i romantycznie).
- wstawać rano (energicznie). Trochę dziwnie się czuję pisząc to w piżamie i w szlafroku, leżąc w łóżku pod kołdrą...(wzięłam wolne z powodu przeziębienia, ale zaraz wstaję, biorę prysznic i ubieram się ładnie!!!). Praca w częstym trybie 'home-office' wyzwala we mnie leniuszkę.
- dbać o dom. Pomimo, że sprzątanie absolutnie do moich hobby nie należy, wiem, że prawdziwa kobieta to też dobra gospodyni. A grzech nie dbać o najbardziej urocze poddasze na Mariensztacie. Bez przesadyzmów, bo pedancki porządek nie pasuje ani do mnie, ani do tego mieszkania.
- dawać z siebie to, co najlepsze. Bliskim. Wszystkim z otoczenia. Kochać i rozumieć. Nie osądzać.
- Czytać. Tak samo dużo i jeszcze więcej.
- Oglądać. Dużo dobrych filmów w ulubionych kinach. Sztuki teatralne i wystawy które trzeba zobaczyć. Zapisywać, opisywać, polecać.
- Gotować. Zdrowo i z pasją. Fotografować. Robić zakupy regularnie, a nie od święta :).
- Nauczyć się piec chleb i ciasta. Ciast nie za dużo!
- nauczyć się robić sushi i zupę Pho.
- Zrobić kurs przewodnika po Warszawie. Wiosenny.
- Nauczyć się francuskiego.
- Podróżować. Wykorzystywać podróże służbowe by poznać i zobaczyć jak najwięcej.
- Częściej jeździć do domu.
- cieszyć się życiem jak nigdy wcześniej.
- organizować się. Oznacza to nie tylko pakować walizkę przynajmniej jeden dzień przed podróżą...
- Sprawiać sobie przyjemności. (zamiast smutków i frustracji :)
- Pilnie pracować i oszczędzać trochę $$$!
- dotrzymywać postanowień noworocznych!
wtorek, 1 stycznia 2013
Pierwszy dzień Nowego Roku - debiut jajek w koszulkach!!!
Kilka razy wcześniej przymierzałam się do przyrządzenia
osławionych 'poached eggs', które pierwszy raz próbowałam w Anglii,
pracując w starym hotelu na południowo-zachodnim wybrzeżu. Zawsze wiedziałam, że to najtrudniejszy sposób gotowania jajek i dlatego właśnie są rzadko przyrządzane. Ale są pyszne!
Do ugotowania jajek w koszulkach zainspirował mnie dopiero niedawno obejrzałam film Julie and Julia (film z 2009 r.), wyśmienita historia dwóch amerykanek pasjonujących się gotowaniem. O Julii Child słyszał pewnie każdy kto choć trochę interesuje się gotowaniem. Druga bohaterka, Julie Powell to 30-latka mieszkająca w Nowym Jorku, urzędniczka, mężatka dla której odskocznią od pozornie nudnego życia jest ... gotowanie! To nie jest zwykłe gotowanie. Dla Julie gotowanie to pasja, miłość, zaangażowanie i poezja... To antidotum na całe zło! Pewnego dnia Julie, niespełniona pisarka postanawia założyć bloga. Wyznacza sobie za cel, że przez rok - 365 dni - wypróbuje wszystkie przepisy z legendarnej książki - Mastering the Art of French Cooking - bagatela 524 przepisy. I tak zaczyna się przygoda Julie z Julią. Trzeba to zobaczyć :).
Julie and Julia - Poaching an egg
Moje jajo w koszulce na zdjęciu. Udekorowane maślanym sosem ze świeżym koperkiem, węgierskim szafranem, solą, pieprzem i odrobiną białego octu winnego. Dla przełamania ostra węgierska papryczka. Do popicia resztki szampana z sylwestrowej nocy.
Bon Apettit!
Pierwszy dzień w 2013 r. dobiega końca. Był dość leniwy, ale miły. Nie dość, że udało mi się ugotować jajka w koszulkach, zrobić podobno całkiem smaczny obiad dla P., samej pocieszyć się smakiem wigilijnej kapusty z grzybami i grochem to jeszcze dodatkowo w piekarniku dochodzi chleb! (eksperymentuję z gotową mieszanką z Lidla).
Późnym popołudniem wybrałam się do Kultury na Niebo w gębie. Mieszkać na Starym Mieście, nie posiadając telewizora i chodzić do Kultury na dobre filmy. To lubię. Na Niebo w gębie chciałam się wybrać już od dłuższego czasu i nawet żałowałam, że nie wybrałam się na festiwal filmów kulinarnych, który niedawno odbywał się w Warszawie. Filmy z jedzeniem w roli głównej wcale nie muszą mieć powalającej fabuły, aby oglądało się je dobrze. Wystarczą dobre zdjęcia, pasja, a jeśli dodatkowo słychać język francuski (praktycznie go nie rozumiejąc acz cel na ten rok to nauczyć się choć trochę) i już jestem szczęśliwa. Czasem trochę żałuję, że nie mamy TV, bo chętnie oglądałabym kulinarne programy. Ale, na szczęście dobre kameralne kina są w zasięgu paru kroków. Oby więcej takich pysznych filmów.
Do ugotowania jajek w koszulkach zainspirował mnie dopiero niedawno obejrzałam film Julie and Julia (film z 2009 r.), wyśmienita historia dwóch amerykanek pasjonujących się gotowaniem. O Julii Child słyszał pewnie każdy kto choć trochę interesuje się gotowaniem. Druga bohaterka, Julie Powell to 30-latka mieszkająca w Nowym Jorku, urzędniczka, mężatka dla której odskocznią od pozornie nudnego życia jest ... gotowanie! To nie jest zwykłe gotowanie. Dla Julie gotowanie to pasja, miłość, zaangażowanie i poezja... To antidotum na całe zło! Pewnego dnia Julie, niespełniona pisarka postanawia założyć bloga. Wyznacza sobie za cel, że przez rok - 365 dni - wypróbuje wszystkie przepisy z legendarnej książki - Mastering the Art of French Cooking - bagatela 524 przepisy. I tak zaczyna się przygoda Julie z Julią. Trzeba to zobaczyć :).
Julie and Julia - Poaching an egg
Moje jajo w koszulce na zdjęciu. Udekorowane maślanym sosem ze świeżym koperkiem, węgierskim szafranem, solą, pieprzem i odrobiną białego octu winnego. Dla przełamania ostra węgierska papryczka. Do popicia resztki szampana z sylwestrowej nocy.
Bon Apettit!
Pierwszy dzień w 2013 r. dobiega końca. Był dość leniwy, ale miły. Nie dość, że udało mi się ugotować jajka w koszulkach, zrobić podobno całkiem smaczny obiad dla P., samej pocieszyć się smakiem wigilijnej kapusty z grzybami i grochem to jeszcze dodatkowo w piekarniku dochodzi chleb! (eksperymentuję z gotową mieszanką z Lidla).
Późnym popołudniem wybrałam się do Kultury na Niebo w gębie. Mieszkać na Starym Mieście, nie posiadając telewizora i chodzić do Kultury na dobre filmy. To lubię. Na Niebo w gębie chciałam się wybrać już od dłuższego czasu i nawet żałowałam, że nie wybrałam się na festiwal filmów kulinarnych, który niedawno odbywał się w Warszawie. Filmy z jedzeniem w roli głównej wcale nie muszą mieć powalającej fabuły, aby oglądało się je dobrze. Wystarczą dobre zdjęcia, pasja, a jeśli dodatkowo słychać język francuski (praktycznie go nie rozumiejąc acz cel na ten rok to nauczyć się choć trochę) i już jestem szczęśliwa. Czasem trochę żałuję, że nie mamy TV, bo chętnie oglądałabym kulinarne programy. Ale, na szczęście dobre kameralne kina są w zasięgu paru kroków. Oby więcej takich pysznych filmów.
A propos braku TV: policzyłam i spisałam dziś, że moja biblioteka powiększyła się aż o 50 pozycji! Nie licząc książek P.! To był pod tym względem bogaty rok. Nie liczyłam płyt, ani obejrzanych filmów, czy sztuk teatralnych. W 2013 r. i na to zwrócę uwagę!
Pierwszy film w 2013 r. - Niebo w gębie.
Dobranoc!
poniedziałek, 31 grudnia 2012
Oby 2013 r. przyniósł dużo szczęścia, magii, kolorów i weny!
fot. Kiwi
uwielbiam:
Papryczki, kiwi i podróże.
Lubię jeść właściwie wszystko, cieszyć się jedzeniem, celebrować je, fotografować, aranżować, kupować i przyrządzać. Gotować i chodzić do restauracji. Haute cuisine i street food.
Lubię jeść właściwie wszystko, cieszyć się jedzeniem, celebrować je, fotografować, aranżować, kupować i przyrządzać. Gotować i chodzić do restauracji. Haute cuisine i street food.
Podróże. Sprawiają, że czuję się lepsza, za każdym razem kiedy udaje mi się gdzieś pojechać rośnie mi serce i czuję, że mogę wszystko :). Lubię podróże, nawet te małe, tak samo jak te drobne przyjemności - bo to one składają się na dużo szczęścia!
Warszawę.Poznaję i coraz bardziej rozumiem i doceniam Warszawę. Po kilku latach buntu w stosunku do tego miasta, Warszawa stała się małą pasją.
Słodki styl retro. Bez przesadnej fascynacji. Lubię stare przedmioty, lekko zakurzone, pożółknięte i pachnące strychem książki, dobry jazz i stare kino. Nie odnajduję się w nowoczesnym odhumanizowanym i zuniformizowanym świecie. Paradoksalnie zawodowo zajmuje się edukacją w zakresie nowych technologii i przedsiębiorczości.
Zakochana w Lotniku.
Jak jest Kiwi?
Warszawę.Poznaję i coraz bardziej rozumiem i doceniam Warszawę. Po kilku latach buntu w stosunku do tego miasta, Warszawa stała się małą pasją.
Słodki styl retro. Bez przesadnej fascynacji. Lubię stare przedmioty, lekko zakurzone, pożółknięte i pachnące strychem książki, dobry jazz i stare kino. Nie odnajduję się w nowoczesnym odhumanizowanym i zuniformizowanym świecie. Paradoksalnie zawodowo zajmuje się edukacją w zakresie nowych technologii i przedsiębiorczości.
Zakochana w Lotniku.
Jak jest Kiwi?
emocjonalna, ekscentryczna i szalona.
uduchowiona i liryczna, zawsze pełna idealizmu.
nie jestem łatwa, ale można z nią żyć.
uduchowiona i liryczna, zawsze pełna idealizmu.
nie jestem łatwa, ale można z nią żyć.
Chce pisać, aby zatrzymać najbardziej smakowite kąski jakie niesie życie.
Tak!
W szczęśliwym roku 2013!
Niech będzie zdrowy, miłosny, smaczny, kolorowy, kształtny, radosny i magiczny!
Szczęśliwego!
Subskrybuj:
Posty (Atom)





