wtorek, 1 stycznia 2013

Pierwszy dzień Nowego Roku - debiut jajek w koszulkach!!!

 Kilka razy wcześniej przymierzałam się do przyrządzenia osławionych 'poached eggs', które pierwszy raz próbowałam w Anglii, pracując w starym hotelu na południowo-zachodnim wybrzeżu. Zawsze wiedziałam, że to najtrudniejszy sposób gotowania jajek i dlatego właśnie są rzadko przyrządzane. Ale są pyszne!




Do ugotowania jajek w koszulkach zainspirował mnie dopiero niedawno obejrzałam film Julie and Julia (film z 2009 r.), wyśmienita historia dwóch amerykanek pasjonujących się gotowaniem. O Julii Child słyszał pewnie każdy kto choć trochę interesuje się gotowaniem. Druga bohaterka, Julie Powell to 30-latka mieszkająca w Nowym Jorku, urzędniczka, mężatka dla której odskocznią od pozornie nudnego życia jest ... gotowanie! To nie jest zwykłe gotowanie. Dla Julie gotowanie to pasja, miłość, zaangażowanie i poezja... To antidotum na całe zło! Pewnego dnia Julie, niespełniona pisarka postanawia założyć bloga. Wyznacza sobie za cel, że przez rok - 365 dni - wypróbuje wszystkie przepisy z legendarnej książki - Mastering the Art of French Cooking - bagatela 524 przepisy. I tak zaczyna się przygoda Julie z Julią. Trzeba to zobaczyć :).

Julie and Julia - Poaching an egg

Moje jajo w koszulce na zdjęciu. Udekorowane maślanym sosem ze świeżym koperkiem, węgierskim szafranem, solą, pieprzem i odrobiną białego octu winnego. Dla przełamania ostra węgierska papryczka. Do popicia resztki szampana z sylwestrowej nocy.

Bon Apettit!









Pierwszy dzień w 2013 r. dobiega końca. Był dość leniwy, ale miły. Nie dość, że udało mi się ugotować jajka w koszulkach, zrobić podobno całkiem smaczny obiad dla P., samej pocieszyć się smakiem wigilijnej kapusty z grzybami i grochem to jeszcze dodatkowo w piekarniku dochodzi chleb! (eksperymentuję z gotową mieszanką z Lidla).

Późnym popołudniem wybrałam się do Kultury na Niebo w gębie. Mieszkać na Starym Mieście, nie posiadając telewizora i chodzić do Kultury na dobre filmy. To lubię. Na Niebo w gębie chciałam się wybrać już od dłuższego czasu i nawet żałowałam, że nie wybrałam się na festiwal filmów kulinarnych, który niedawno odbywał się w Warszawie. Filmy z jedzeniem w roli głównej wcale nie muszą mieć powalającej fabuły, aby oglądało się je dobrze. Wystarczą dobre zdjęcia, pasja, a jeśli dodatkowo słychać język francuski (praktycznie go nie rozumiejąc acz cel na ten rok to nauczyć się choć trochę) i już jestem szczęśliwa. Czasem trochę żałuję, że nie mamy TV, bo chętnie oglądałabym kulinarne programy. Ale, na szczęście dobre kameralne kina są w zasięgu paru kroków. Oby więcej takich pysznych filmów.


A propos braku TV: policzyłam i spisałam dziś, że moja biblioteka powiększyła się aż o 50 pozycji! Nie licząc książek P.! To był pod tym względem bogaty rok. Nie liczyłam płyt, ani obejrzanych filmów, czy sztuk teatralnych. W 2013 r. i na to zwrócę uwagę!

Pierwszy film w 2013 r. - Niebo w gębie.

Dobranoc!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz